Obniżka! H, 1946 Zobacz większe

H, 1946

Nowy produkt

„1946” to powieść historyczna, która opowiada, jak to często z historią bywa, o praprzyczynach tego co jest.

Więcej szczegółów

27,09 zł brutto

-30%

38,70 zł brutto

Dodaj do listy życzeń

Więcej informacji

Występują w powieści osobistości powszechnie znane i postacie fikcyjne; występują żołnierze niezłomni i ich wrogowie, a także ci, którzy nie potrafili decydować o własnym losie czyli zwykli śmiertelnicy.

Magiczna Odyseja głównego bohatera wiedzie go przez krajobraz podbitej przez bolszewików Polski, ale czy Janek dobrnie do swojej Itaki? Czy znajdzie odpowiedź? Czy ta jego próba może zakończyć się powodzeniem?

Recenzje

Fragment książki

Andrzej Dajewski

Rok 1946 był dla świata rokiem przełomowym (w Internecie znalazłem informację o opisującej to, innej książce o tym tytule*). W tym właśnie czasie, zwycięskie w wojnie z narodowo-socjalistycznymi Niemcami wolne kraje świata, w sojuszu z jeszcze bardziej im wrogim Związkiem Sowieckim, zaakceptowały ostatecznie stan zniewolenia przez bolszewików połowy kontynentu europejskiego (skonstatował to wówczas nie kto inny jak Winston Churchill 5 marca 1946 w swojej słynnej mowie), co pozwoliło sowietom na dalsze szerzenie bolszewizmu w innych częściach globu. Ten sam rok, w nie mniejszym stopniu, był przełomowym również dla Polaków pod nową, o wiele bardziej niszczycielską, komunistyczną okupacją. Nasze państwo przestało definitywnie istnieć, zastąpione komunistycznym tworem z polskimi bolszewikami u władzy. Co gorsza, doszło wtedy do zaakceptowania tego faktu przez większość narodu pod, nie tylko mikołajczykowskim, przewodem. Nieliczni antybolszewicy, którzy walczyli, ponieważ uważali, że komunizm jest śmiertelnym zagrożeniem nie tylko dla Polaków, ale dla całej ludzkości, mogli już tylko, jak to ujął Poeta, „dać świadectwo”.

Bohater powieści Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”, Henryk, zdecydował się opuścić ojczyznę w chwili, gdy śmiertelny wróg – sowieci – zniewalali ją z pomocą żołnierzy polskiego podziemia, dla którego przywództwa był to „sojusznik naszych sojuszników”. Henryk przyłączył się do żołnierzy V Brygady Wileńskiej, którzy chcieli z bolszewikami walczyć, a nie im pomagać. Historia dopisała dla nich ciąg dalszy. To żołnierze „Łupaszki” są bohaterami powieści „1946”.

Opisane w niej zdarzenia miały miejsce w tytułowym roku, choć w niektórych miejscach wykraczają poza ten czas. Dzięki precyzji ich opisu i dbałości o szczegóły scenerii, w której mają miejsce, „1946” jest powieścią nie mniej realistyczną, niż przedstawiona przeze mnie wcześniej. W tym sensie, nie mniej mackiewiczowską. Postaci są z krwi i kości, zaś niektóre z nich to autentyczne postaci historyczne. Antybolszewickie poglądy i postawy ludzi tej miary co profesor Marian Zdziechowski, pułkownik Wacław Lipiński czy Sergiusz Piasecki nie są powszechnie znane i nie są doceniane. Szczególnie znaczące są tu poglądy pierwszego z nich. Profesor Zdziechowski, na długo przed wojną, głośno przestrzegał przed bolszewizmem oraz wzywał do przeciwstawienia się mu**. Został jednak przez elity państwa zignorowany, a po latach nieomal zapomniany. Z kolei pułkownik Lipiński, od kiedy bolszewicy zaczęli bezpośrednio zagrażać Polsce, starał się zorganizować Polaków celem przeciwstawienia się im. Niestety, nie udało mu się tego dokonać. Polacy nie wsparli nielicznych antybolszewików, poparli za to licznych komunistycznych poputczyków.

Choć nazwiska Danuty Siedzikówny „Inki” i Zdzisława Badochy „Żelaznego” są dziś znane w środowisku patriotycznym, niewielu kojarzy ich postaci z czystą postawą antybolszewicką, są raczej bohaterami narodowej sprawy. To, jakimi byli ludźmi, nie zajmuje wielkiej uwagi patriotów i narodowców. To, o czym mogli myśleć przed śmiercią czy w chwili śmierci, dużo mniejszą. To, dlaczego zdecydowali się walczyć z bolszewikami, nie zajmuje w istocie żadnej uwagi. Autor „1946” bardzo sugestywnie i realistycznie przybliża te kwestie. Jego powieść zadedykowana jest właśnie „Ince”, tej która „zachowała się jak trzeba”, pozostając dobrą i niewinną do śmierci.

Esencję powieści stanowią rozważania autora dotyczące sensu i znaczenia sprzeciwu wobec bolszewickiej zarazy, a także postaw wobec niej. Lektura tych fragmentów wymaga nie tylko skupienia, ale także głębszego przemyślenia. Jest tego warta, bo pomoże zrozumieć przesłanie powieści, w którym jest miejsce na sprawę znaczniejszą niż sprawa polska, na Universum. Jest przesłaniem uniwersalnym, ponieważ bolszewizm nie jest jedynie zagrożeniem dla takiego czy innego narodu, lecz zagrożeniem dla całej ludzkości, dla naszej cywilizacji. Aby to zrozumieć, należy cofnąć się do jej źródeł i autor tam właśnie nas kieruje. Sam z determinacją poszukuje prawdy, głośno rozmyśla, a to oznacza, że godzi się na wszelką dyskusję. Dyskusja bowiem (sądzę, że przede wszystkim ta we własnych myślach), wybitnie sprzyja poszukiwaniu prawdy, zaś dobre lektury temu właśnie służą. Odkładając na bok tezę, że Historia jest nauczycielką życia, czy nie jest prawdą, że bywa ona autorką najciekawszych książek? Powieść kończą, kruszące lód dźwięki fortepianu.

*

Dlaczego tych, którzy walczyli z bolszewikami, przeciwko ich anty-cywilizacji, nazywa się dziś „żołnierzami wyklętymi”? Mówi się o nich, łącząc z tymi, którzy do bolszewików strzelali z innych powodów i po ekshumacji do narodowej pamięci, wszystkich wrzuca się z powrotem do jednego „grobu pamięci”. Tym drugim chwała za to, że z bolszewikami ostatecznie walczyli, lecz czyja postawa i motywacja powinna być nam bliższa? Czyja jest ważniejsza? Czy nie zrównuje się ich wszystkich ze sobą po to, aby pomniejszyć znaczenie postawy tych, którzy chcieli bolszewizm pokonać, walcząc z nim nie tylko w imię Polski, ale w imię całej ludzkości? Czy Polacy nie nazywają ich mianem wyklętych dlatego, że sami wykluczyli ich ze swojej tożsamości, gdy po ostatnim z nich „został na zawsze żółtawy mocz i ten trop wilczy”? Tak bowiem okazało się dla narodu wygodniej i bezpieczniej, co wkrótce potem potwierdziło się w wezwaniu jego duchowego przywództwa do powszechnego, modlitewnego śpiewu „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie” w odniesieniu do peerelu. Dziś, ten sam naród powołuje się na tych żołnierzy, aby uzasadnić swoją akceptację pierestrojkowego tworu i nazywanie go „wolną Polską”, tym samym ostatecznie grzebiąc ich czyny i motywy. Odnalezieni, uroczyście ekshumowani, ich szczątki powiezione na lawetach celem uroczystego pochówku, a wokół ich grobów nie tyle pełno pomników ich wrogów bolszewików (w istocie ich tam nie brakuje!), co pełno zakłamania. Czy dlatego chowa się ich uroczyście wśród bezbożnych katów, że po śmierci wszyscy jesteśmy równi przed Bogiem, czy też tak wygląda dziś polska pamięć i nasza rzeczywistość? Czy nie robi się tego z tej przyczyny, że jak mówi fragment cytatu rozpoczynającego powieść wszyscy jesteśmy skażeni bytowaniem w świecie wypełnionym fałszem? Nie chcemy spojrzeć prawdzie w oczy i poznać rzeczywistej Historii, zamiast tego pusząc się przed sobą i przed światem, że w strukturach oporu wobec bolszewików w naszym kraju, w ciągu 10 lat przewinęło się 250 tysięcy ludzi. Niewiele lub zgoła nic przy tym nie wiedząc o, na przykład, oporze antykomunistycznym Litwinów czy Rumunów. Oporze w znacznie gorszych warunkach, lecz lepiej zorganizowanym, w swojej istocie znaczniejszym. Wstęp powieści powinien przeczytać i zapamiętać każdy, kto odwołuje się do oporu Polaków z pierwszych lat bolszewickiego zniewolenia.

Jak uzasadnić postawę sprzeciwu wobec totalnego zła i czy ma ona sens wówczas, gdy jest indywidualna, pod prąd głównego nurtu? Czy postawa „Inki”, „Żelaznego” i pozostałych miała znaczenie? Czy postawa Janka, głównego bohatera „1946”, i pozostałych miała znaczenie? Czy nierzadko osobiste dramaty jakie przeżywali, mogły zmienić ich wybór? Czy potrafili się odrodzić po swoim upadku? Czy ci młodzi ludzie starali się również cieszyć życiem? Jak wyglądała ich walka? Odpowiedź na te pytania zawarta jest na stronach powieści „1946”. Jeśli po jej przeczytaniu, ktoś w dalszym ciągu je sobie zadaje proponuję mu sięgnąć do poezji Zbigniewa Herberta.

Płynę pod prąd a oni ze mną 
nieubłaganie patrzą w oczy
uparcie szepczą słowa stare
jemy nasz gorzki chleb rozpaczy

http://wydawnictwopodziemne.com/2016/05/18/geopolityczny-punkt-wyjscia-i-narodowy-grob-pamieci/

______

http://victorsebestyen.com/books/show/1946-the-making-of-the-modern-world/ (Podaję ten link jedynie jako ciekawostkę. Zachęcam do krytycznego zgłębiania historii przez porównywanie wielu źródeł.)

** przykłady publicystyki Mariana Zdziechowskiego zamieszczone są na stronie Wydawnictwa Podziemnego:http://wydawnictwopodziemne.com/category/marian-zdziechowski/

_________________________________________________________

Krzysztof Maciejewski

1946 – obława na wilki

Moje pierwsze zetknięcie się z tematyką „żołnierzy wyklętych” (faktycznie, bardzo nieszczęśliwie przyjęty termin)? Trzy części Obławy Jacka Kaczmarskiego – wciąż pamiętam jego głos z kasety magnetofonowej wielokrotnie przesłuchiwanej gdzieś w połowie lat 80. ubiegłego stulecia. Kompletnie mi nieznany fragment historii najnowszej, pewnie zresztą szukałem wtedy odniesień bardziej do rzeczywistości przeżywanej na własne oczy – stanu wojennego i stanu „powojennego”, cenzury wówczas wszechobecnej. Ale spójrzmy wokół siebie – minęło 30 lat od tamtego zasłuchania, a piosenki barda Solidarności pozostają wciąż aktualne. Także dlatego, że temat pozostaje słabo rozpoznany przez artystów, pisarzy, poetów – teoretycznie „mury runęły”, komunizm upadł, ale losy tych, którzy po 1945 roku wciąż walczyli w polskich lasach pozostają czymś w rodzaju tabu.

Zasłonę z przemilczanego fragmentu dziejów próbuję zedrzeć niejaki H swoją powieścią 1946 wydaną przez… Wydawnictwo Podziemne. Tajemnicza to książka, z ascetyczną, czarną okładką, z kompletnie nierozpoznawalnym pseudonimem autora (ale kiedyś może poznam jego tożsamość). Co ciekawe, jest to pierwsza pozycja, która mierzy się w literacki sposób z przeżyciami żołnierzy walczących z bolszewikami po zakończeniu II wojny światowej. Opowieść opowiada historię młodego partyzanta, który zastanawia się nad celowością dalszego oporu, a kontrapunktem stają się wybory jego dawnego kolegi z oddziału. Ten ostatni poszedł bowiem na współpracę z nowym reżimem – co nie znaczy, że nie otrzyma szansy na odkupienie.

Ale nie jest to bynajmniej zwyczajna powieść historyczna – autor bowiem postawił sobie za zadanie spojrzenia pod kątem historiozoficznym, więc momentami mamy do czynienia z rodzajem dygresyjnego traktatu. Skojarzenia w trakcie lektury pojawiają się właściwie co chwila – a to z Witkacym iSergiuszem Piaseckim (ten ostatni jest nawet jednym z bohaterów drugoplanowych książki), a to z Juliuszem Słowackim Józefem Mackiewiczem. Co więcej, te skojarzenia nie wynikają z płytkiego parafrazowania czy pastiszowej formy 1946, ale z mocno dopracowanego warsztatu stylistycznego. Dodatkowo, wydawca zdecydowanie nie zrobił autorowi krzywdy – udało się bowiem zachować spójność na przekór formule – akcja jest nielinearna, a poszczególne rozdziały są często od siebie niezależne.

Pozycja to bez wątpienia godna poznania – bo ten fragment kosmosu (w sensie Gombrowiczowskim) pozostaje wciąż białą plamą. Zachęcam do lektury.

http://artofreading.pl/tag/beletrystyka/

H 1946

VI GŁĘBSZE PODZIEMIE – fragment rozdziału

***

Gdy przebudził się nazajutrz, pułkownika nie było w mieszkaniu. Czuł, że jest bardzo późno. Zegar w obojętności swojej wskazywał dwunastą. Na stole leżała kartka z adresami, trochę pieniędzy, kilka złotych monet. Zjadł śniadanie, podziękował za gościnę, dwie godziny później był już w pociągu do Wrocławia.

Zamysł Pułkownika był trudny do przeniknięcia. Przypominał raczej plan wycieczki krajoznawczej. Janek nie dostrzegał żadnej reguły w przygotowanym przez Pułkownika planie zajęć. Po co miał jechać w Karkonosze, stamtąd w Białostockie i dalej, znacznie dalej, na Wileńszczyznę? Szczególnie ten ostatni cel wydawał mu się czczym sentymentalizmem.

Proszę wybaczyć panie poruczniku. Nie chcę panu nic więcej objaśniać. — Takie były ostatnie słowa Pułkownika.

***

Kilka ledwie kilometrów za Wałbrzychem pociąg, który miał go dowieść aż do Szklarskiej Poręby, zatrzymał się z powolną ociężałością, sapnął kilka razy, wydał z siebie parę, szarpnął do przodu, cofnął kilka metrów, i znowu szarpnął, raptownie, przewracając niemal stłoczonych w przejściach pomiędzy siedzeniami ludzi; stanął, na dobre. Nie było wyjścia innego, jak udać się w kierunku szosy i iść dalej pieszo. Perspektywa samotnej wędrówki nie wydawała się Jankowi nieprzyjemna.

I dokąd to?! — Ostatni w długim sznurze wojskowych, czerwonoarmijnych ciężarówek pojazd niemal najechał na idącego poboczem Janka.

Przed siebie, gdzie Pan Bóg poprowadzi, byleby do przodu. — Wychylony przez okno ciężarowego pojazdu sowiet wydał się Jankowi z jakiegoś niezrozumiałego powodu sympatyczny. Sympatyczny i jakby znajomy. Znajomy, którego się w życiu dotąd nie spotkało

Pan Bóg, powiadasz?! Ech, naród tu jaki zacofany, a ty co, taki niby inteligent na pierwsze wrażenie i też powtarza. My, sowiecki naród, może i nieokrzesany, i brudny czasem, mocno pachnący, ale przynajmniej nowoczesne poglądy reprezentujemy. Toć i wiadomo, kto najlepiej prowadzi! Nasz geniusz ukochany, ot co!

Znaczy się sam Stalin twoją ciężarówką kieruje? — Żartobliwy, na ucho, i uderzająco śmiały ton czerwonoarmisty intrygował.

No i nie mówiłem, jaki ty przebiegły, zuch!? Inteligent! Któż inny jak nie sam ojciec największy ma czuwać nad moim sterem? — Żachnął się, ukazując w szczerym uśmiechu pożółkłe, krzywe zęby. — No, wskakuj Polak, podwiozę, pogwarzymy sobie. — Zamrugał wesołym okiem.

Dziękować wielce. — Z lekkością pokonał wysokie stopnie szoferki. — I dokąd to zmierzasz czerwony żołnierzu, dokąd los prowadzi? — Dziwaczna, ale i oczywista, wydała mu się nagła chęć rozmowy z tym człowiekiem. Ciężarówka ruszyła ze zgrzytem motoru i przeciągłym jękiem-stęknięciem budy nadwozia.

Tajemnica armijna, a ty co? Co taki ciekaw jesteś? Partyzant może, białopolak, że tak wypytujesz?! — Nieustająca drwina tego głosu skłaniała do otwartości, choć wciąż zdumiewała Janka.

Jaki i tam ze mnie białopolak być może, skoro, widzisz — podsunął sowietowi pod nos odsłonięty fragment przedramienia z nadgarstkiem — nawet zegarek swój przeznaczyłem na potrzeby socjalistycznej obronności.

Fakt — sowiet za kierownicą spojrzał przelotnie — swołocz ta nasza sowiecka grabi na potęgę. Ale — zawiesił głos na moment, rzucając przy tym inteligentne spojrzenie w kierunku pasażera — jakże mogłoby być inaczej, skoro, widzisz kompanionie, wszyscy my przecież teraz materialiści, czyż nie?

Janek przyjrzał mu się uważnie, choć przejmujący odór niemytego od dawna żołnierza do tego nie zachęcał. Z całą pewnością nie mógł to być prosty piechur z sowieckiego kołchozu, którego awans społeczny polegał na zdobyciu przywileju kierowania ciężarowym samochodem. Ani młody, ani stary, z całkiem na beznamiętnej twarzy zamazaną metryką, gdzieś pomiędzy 25 a 45 rokiem życia. Watowana gruba kurtka bez odznak uniemożliwiała rozpoznanie dystynkcji. Powierzchowność, jeśli tak można określić nędzę jego zmęczonej fizjonomii, nie dawała obserwatorowi zbyt wielu wskazówek. Gdyby nie błyski przenikliwych oczu, rzucane od czasu do czasu spod wpół przymkniętych powiek, nie mógłby Janek wyrozumować niczego, co warte byłoby wzmianki. A jednak te ułamkowe ledwie refleksy tajonej skrzętnie inteligencji mówiły wiele, bardzo wiele. Jako, niegdyś już, sowiecki poddany, potrafił Janek odczytać i docenić wartość takiej mimikry. I choć nie był całkiem pewien swojej oceny, postanowił zaryzykować, zagrać z intruzem na całego.

I jakże taki wróg bolszewizmu jak wy, towarzyszu, dosłużył się rangi w czerwonej niepowstrzymanej? SMIERSZ prześlepiła, choć matka kłamać nie nauczyła, hę? — Skusiło go coś? Co u licha?!

Nie usłyszał odpowiedzi. Przez dłuższy moment jechali w milczeniu. Spalone ruiny wsi po jednej i po drugiej stronie szosy znamionowały przechodzącą wojnę. Dziwna to była pustka, pustka i cisza przyrody, nie licząc warczącej jękliwie ciężarówki. Cisza obecna była też między nimi.

Matka, powiadasz... — na jego twarzy nie było już dawnej sowieckiej maski, ani żadnej innej. Była twarda, surowa w rysach, zasadnicza. — Nie, nie matka, a żona. — Mówił po prostu, jak do najlepszego przyjaciela, bez cienia jednego pozy. — Mam już, widzisz, na grzebiecie swoje lata. I swoje widziałem... — urwał na moment, pokonując ostry wyjątkowo zakręt.

I każda żona, słyszałem tak, żegna męża swojego, gdy ten na wojnę wyrusza, ze strasznym jękiem, choćby i nigdy nawet wcześniej dobry dla niej nie był. I nawet, słyszałem, i sowietki tak robią, choć nie wiem czy to odrobinę nie wbrew partii jest? — Żartował z ciężką, ponurą ironią.

A moja... — i znowu zawiesił głos, tuż za jakąś opuszczoną ruderą skręcając w dół, na skaliste niemal bezdroże — moja przeżegnała mnie krzyżem świętym, przytuliła do siebie, mocno przytuliła i powiedziała, żebym do hańby munduru, jaki na sobie noszę, nie dołożył jeszcze hańby złego uczynku. — Urwał. — Rozumiesz? Rozumiesz...?! Czy to jest w ogóle do pojęcia? Rozumiesz... — w zawieszeniu głosu szukał imienia siedzącego obok pasażera.

Janek.

Paweł.

Zatem Pawle... — zamyślił się po tych ledwie dwóch słowach, a może zamyślenie tylko udał, czując wewnątrz powagę postawionego co tylko zagadnienia. — Jak to jest? Czy i pod władzą szatana można zachować duszę? Przecież ty i twoja żona żyjecie w tym ścierwie...

Dwudziesty ósmy rok nam idzie. Ledwie odrosłem od ziemi, gdy to bydło przyszło nas „nawracać”. Co z duszą, pytasz? — Koła ich ciężkiego wehikułu wtaczały się jękliwie pod stromość szutrowej, niemiłosiernie pooranej drogi. Jechali wolno, bardzo wolno, niezdarnie kolebiąc się stękającą bryłą ciężarówki, raz na jedną, to znów na drugą stronę. Długi sznur ciężarowych aut przed nimi był już znacznie dalej, za ostrym wirażem, po drugiej stronie stromo spadających zboczy głębokiej i wąskiej dolinki. Jechali nad przepaścią, tuż niemal; w ostatnich promieniach milknącego słońca; dzień dogasał.

Czasem się wydaje, że zgoła jej nie ma, ot, tu choćby, na tej przeklętej wojnie. Ile ja strasznych rzeczy widziałem, do ilu parszywców musiałem udawać sympatię? Nie będę gadać, bo i na samą Sycylię dojechać byśmy mogli przy tej opowieści, fuj! Więc z duszą to jest tak..., że czasem jej już całkiem nie ma, czasem śmierdzi krwią, trupem; gorszy niż ja, w tej tu szoferce, zapach wydaje. Czasem znowu jest całkiem inaczej; przychodzi, wchodzi w człowieka, choćby najpaskudniej w złe uczynki umorusanego, z dalekiej drogi wchodzi, czysta i jasna. A bywa, wierz mi, że wkracza z rozmachem wielkim, po pańsku, ledwie daszka czapki palcami dotknąwszy... sprawia, że wtedy człowiek traci rozum, i wtedy może... — lewe koło zbliżyło się do krawędzi drogi na centymetry tylko, tuż — zyskuje właśnie najwięcej.

Czyli, jest nadzieja?

Nadzieja, powiadasz... — Paweł pokiwał głową niby potakująco i zastanowił się.

Niesforne lewe przednie koło mocą pędu i ciężaru całej maszyny rozpryskiwało na boki zeschnięte grudy zbocza; poczuli gwałtowne szarpnięcie, brezentowa buda za ich plecami przechyliła się raptownie. Paweł usiłował kontrować kierownicą — było za późno. Buda przechyliła się jeszcze mocniej, przeważając niemal środek ciężkości. Jeszcze moment, chwila, a runą, koziołkując bokiem w dół. W ostatniej chwili lewe koło natrafiło na nieco wyższy, stabilniejszy grunt. Paweł postanowił to wykorzystać. „Raz kozie...” Gwałtownym skrętem podjął ryzyko zjazdu po stromiźnie zbocza. Po trzydziestu metrach szalonego pędu szczęście na moment go opuściło — najechali na wystający głaz, podrzuciło autem na prawą stronę. Nie było ratunku. Lądowali boczną ścianą, powodując lawinę drobnych kamieni i zaschniętej gliny, kilka metrów osuwali się jeszcze, gubiąc po drodze zawartość bagażowej skrzyni. Zatrzymali się; kupa z żelastwa, drewna i brezentu zastygła. Ucichł przeraźliwy zgrzyt sunącego po stromiźnie złomu. Byli bezpieczni.

***

Nie musisz nikogo zawiadomić o wypadku? — Chodzili wkoło karłowatych w tym miejscu drzewek, zbierając zeschłe gałęzie. Dolinka poprzecinana była, poryta nieregularnie mniejszymi, większymi ni to pagórkami, ni dziurami w ziemi, głębokimi niekiedy na wysokość dwóch ludzi jamami.

Nieprzejęty samochodową katastrofą Paweł natychmiast, jak tylko udało im się wygramolić z szoferki, zarządził postój, ognisko i kolację. Spojrzał teraz na Janka jak na wariata z innej planety.

Myślisz, że ktoś się takim gównem przejmie? Była ciężarówka, to była, a teraz jej nie ma, i wszystko. A kogo to obchodzić może, co stało się z lejtnantem krasnej armii, Pietuszkinem? A jeśli okaże się, że to wróg, że z białopolakiem dogaduje się, albo, co gorsza, duszę jaką pod szynelem skrywa, to co niby? Władza sowiecka nie nawykła przejmować się drobiazgami. Zginął to zginął; zidiociał, toż się go uleczy; stchórzył czy zdradził i na to znajdzie się lekarstwo, ołowiane. Wiesz ilu już takich gierojów jak ja ziemię swoim ścierwem wypełnia, masz wyobrażenie? Zdolny jesteś wytworzyć w sobie wizję dwudziestu milionów trupów w jednej zlepionej masie? Ogarnąć wzrokowo taki pejzaż? — Machnął ręką.

Poza tym... — zmienił ponury wcześniej ton — widzisz ty tu gdzie budkę z telefonem? Jeśli jest, to dobrze. Już wykręcam numer. — Z rozbawieniem podniósł pięść do ucha. — Łączyć mnie zaraz z towarzyszem Stalinem! Fuj! — Wykrzywił twarz komicznym obrzydzeniem.

Bierzmy się do jedzenia. Obaczysz na czym polega kazachska gościnność.

Wódeczka, szaszłyki, bakłażany, kozi ser?

No..., prawie! Szaszłyki w każdym razie. — Z zielonego, żołnierskiego worka wyjmował niezwykle bogate wiktuały: chleb, duży ułomek żółtego sera, cebulę, zawinięty w gazetę wielki kawał surowej wieprzowej karkówki, litrową butelkę wódki.

No i proszę...! — Janek popatrywał na to wszystko ze szczerym i głodnym zdumieniem.

Co, proszę?

Zawsze się zastanawiałem, dlaczego wszyscy wciąż tylko żrą słoninę i słoninę? Przecież, niby, świnia to nie sama tylko skóra i tłuszcz.

I po tym właśnie poznać wroga czerwonej armii! — Śmiali się wesoło.

Chęć do rozmowy, nieodparta, musiała ustąpić pola. Sycili głód z dziką, łapczywą pazernością. Jeśli obaj nawet mieliby skłonność do wstrzemięźliwości, orbitowała poza wołaniem ich żołądków w tej chwili. Przyjemnie jest jeść w milczeniu, jeść po prostu, aż do pierwszego nasycenia. Jeść i nie myśleć o niczym. Tak rodzi się dobry nastrój.

Wiesz, boję się tej twojej uczty. Uruchomiła we mnie łaknienie drobiazgów. A żołnierz na wojnie powinien myśleć tylko o...

O wojnie? Może masz rację, pewnie masz. Bierz pod uwagę, że ja nie jestem żołnierzem... jestem tylko niewolnikiem. Ani to moja wojna, ani mundur, jedynie hańba... jest prawdziwie moja. Moja i mojej żony.

A gdybyś...?

Nie, nie... myślałem o tym, oczywiście. Już dawno doszedłem do punktu, w którym jest wszystko jedno. Poza tym, widzisz, co tu kryć, kiepski ze mnie materiał na bohatera. Za długo już jestem niewolnikiem, rozumiesz? — Patrzyli na siebie ze smutkiem teraz.

Tobie się wydaje, że wiesz. — Po dłuższej chwili Paweł mówił dalej. — Wiesz, bo żyłeś pod sowiecką władzą rok, może dwa, ale to co wiesz, co widziałeś, to nie jest prawda, cała. Powiem ci tylko tak: nie zrozumiesz człowieka, który przeżył w tym ścierwie ćwierć wieku, prawie całe życie. Choćbyś nie wiem jak mocno chciał walczyć, to w końcu cię nadgryzie, upodli, wciągnie w szlam codzienności. — W niczym teraz nie przypominał dawnego Pawła, tego sprzed godziny, z szoferki.

Rozglądasz się dookoła i widzisz jak karleją ludzie — mówił, twardo wypowiadając frazy, jakby odmawiał litanię z najgłębszych pokładów przetrawionego w życiu smutku — i dziwisz się, że tak szybko, i dochodzisz pewnie do wniosku, że są z innej niż ty gliny. I może nawet masz rację, może jesteś tym jedynym, wyjątkowym. To, wybacz, całkiem bez znaczenia, ten twój indywidualny przypadek. Ludzie, wszyscy ludzie są w gruncie rzeczy tacy sami. — Opuścił głowę. — Każdy w końcu przywyka.

Ognisko iskrzyło przyjemnym trzaskiem. Płomienie szły w górę nieznacznym zygzakiem, nie sięgając plejady migotliwych ogników zawieszonych w czerni nieba. Ostatnie badyle z ponakłuwaną na nie wieprzowiną skwierczały kusicielsko, ale nie było na nie apetytu. Rozświetlone twarze falowały poprzez rozgrzane powietrze, wódka rozluźniała.

Wytłumacz mi, proszę. Wytłumacz, a potem zmień zdanie... — to spotkanie musiało mieć jakieś znaczenie. — Ja zwyczajnie czegoś nie rozumiem. Spotykam człowieka, mądrego, bystrego człowieka. Nie jakąś bezmyślną bolszewicką kukłę... i dzieje się to nie w jakiejś odległej przeszłości, ale tu, przy tej drodze, z której raczyłeś zjechać...

I skąd tu nagle człowiek?

Dokładnie.

Skąd w niewolniku człowiek? — Odruchowo pogrzebał w żarze, wzbijając tuman iskier. — Kto wie? Może na tym właśnie polega słabość tych bolszewickich szumowin. Nie potrafią zabić człowieka w człowieku, wyrwać mu całkiem duszy. Ich niewolnik nigdy nie będzie doskonały. Tyle, że nadal, Janku, będzie niewolnikiem. Zresztą, nie wiem, wcale nie myślę, żeby było tak pięknie... może po prostu mnie się poszczęściło w życiu.

Tobie

Mnie Janku, mnie; bo popatrz, co to właściwie szczęście? Jak życzysz sobie owo definiować? Czy szczęście to może być na ten przykład mocna jak dąb kobieta, niewzruszona, która nie pozwoli ci się ześlizgnąć do rynsztoku? Odprowadza na wojnę, na którą pójść musisz, odprowadza, ale nie błogosławi — przeklina? Jak myślisz Janku? Czy oglądanie całego tego szlamu dookoła szeroko otwartymi oczami i z głową wysoko podniesioną, gdy wszyscy inni już dawno zanurkowali i... i dobrze im z tym, czy coś takiego ma swoją wartość, którą wypada cenić?

A czy dobrze jest spotkać na drodze człowieka jakim chciałoby się być samemu? — Mówił dalej. — Wpatrywać się poprzez żar ogniska w jego mądre, prawe oczy, w jego nienasycenie dobrem? — Śmiało wychodził poza konwenans zwykłej rozmowy. Patrzyła na Janka twarz poważna, nieskora do uśmiechu. — A wszystko w poczuciu, że się własne życie zmarnowało? Że jest się tylko szmatą w śmierdzących żołnierskich łachach? Za późno Janku, za późno dla mnie. — Dopowiedział ostatnie zdanie po chwili ciszy.

Nie wierzysz, że los można odwrócić?

Zza zakrętu, wysoko, na linii otaczających dolinkę wniesień pojawiły się światła wojskowych samochodów. Słychać było trzask drzwiczek, pokrzykiwania na żołnierzy.

A to widać już moi kompanioni. — Powiedział smutno nie wstając od ogniska. Będziesz, niestety, musiał stąd zmykać... U nich, u tych co tu zaraz będą, mógłbyś przypadkiem nie znaleźć człowieka, wierz mi na słowo.

A gdzie my właściwie jesteśmy. Słabo znam te okolice.

I widzisz, jaki to z ciebie turysta, paradoksalista! O drogę Janku nie pytaj nigdy bolszewika. A jeśli już tak dlaczegoś zgłupiejesz, koniecznie idź w przeciwnym kierunku.

Tu, za tym wzniesieniem — wskazał ręką — jest całkiem spory zjazd, na łeb na szyję. Na szczęście my, wiesz Janku, amerykańskie maszyny mamy, hamulce pierwsza klasa. Czy to zresztą takie szczęście? W dole jest rzeczka, a za nią taka mała dziura, nie pamiętam jak się nazywa; dalej Kowary. Tam widzisz, w zeszłym roku udało nam się, naszym dzielnym towarzyszom, zatopić poniemiecką kopalnię, nie wiedzieć po co w skale litej drążoną. Teraz skandal na całą sowiecką respublikę, bo tam uran, a z uranu bomba dla wrogów postępu ma być wytworzona. Widzisz teraz, jakim śmiertelnym gównem zajmuję się...?

Żołnierskie głosy słychać było coraz wyraźniej, na pochyłości wzgórza widać było blask ręcznych latarek. Nie było czasu, nie było.

Chodź ze mną!

U mnie żona, pamiętasz? Takiej żony się nie opuszcza. Wszędzie znajdzie, za kudły i z piekła wyciągnie, a po co na taki wstyd narażać się, ha? Dokąd idziesz, mów szybko, pomogę.

Do... Szklarskiej — zawahał się.

I dobrze, że się wahasz. Z Kowar droga prosta jak stół, choć to i góry piękne, surowe. Będzie jakie 20-30 kilometrów — dla takiego piechura, jak ty, fraszka.

***

Piął się zdecydowanie, krok za krokiem. Wąska, stroma od początku ścieżka, chwilami nie miała nawet pół metra szerokości. Odnajdywał ją z trudem w gąszczu niskopiennych roślin dookoła. Nie zawsze też wiodła prosto w górę. Szedł szybko, bardzo szybko choć mozolnie jednocześnie; w gruncie rzeczy nie męczył się bardzo. Lata ciężkich, leśnych marszów, w mrozie, w upale, w spiekocie i w błocie, choć gór wielkich po drodze tych wędrówek nigdy nie było, zamieniły ciało w stalową maszynę do pokonywania każdego potrzebnego dystansu. Podobno, tak słyszano, polska husaria zdolna była niegdyś pokonywać i sto dwadzieścia kilometrów dziennie, konno. Nie mniej niż połowę tego dystansu potrafił robić partyzant spod Nowogródka, gdy — rzecz to jasna — zachodziła tego konieczność. Jeśli nie było potrzeby, ani innych spraw pilnych, leżało się na mchu z oczami przymkniętymi całkiem (z widokiem, na łzawej tafli oka, walczących ze sobą mikrobów czy innego drobiazgu), lub też lekko tylko zmrużonymi — wpatrzonymi w zleniwiałe niebo rozpostarte nad światem. Bo i cóż nad wygodne leżenie przyjemniejszym być może, gdy — dajmy na to — rozczochrane czuby sosen zdają się zamiatać niebo z deszczowych obłoków?

Człowiek żyje, i na ogół nie wie nawet po co. A może nie „na ogół”, może po prostu, bez wyjątku — nie wie. Bo czy urodził się kiedyś osobnik, który znałby z niezachwianą pewnością cel swojego istnienia?

Janek piął się pod górę, a jego myśli wcale nie były wypełnione miąższem intelektualnej powinności. Szedł, po prostu, a iście to sprawiało niewymowną radość. Czasem mógłby zatrzymać się i zapytać, czy taka radość, biorąc pod uwagę czas i miejsce, przystoi mu jako człowiekowi. Ale to tylko tak się mówi łatwo — powinność. Sztuczne to i nieżyciowe, i papierowe jakoś.

A jednak, było w tej jego radości coś dziwnego. Bo czy to pierwszy raz w życiu szedł przez las, czy pierwszy raz wspinał się po stromiźnie ścieżki? Tym razem było inaczej i Janek nie potrafił odkryć istoty tej odmienności. Myśli pobiegły w stronę niedawnego spotkania z Pawłem. Nagle wybuchła znikąd nadzieja złudna a ulotna. Jakiś nowy jej ślad podsycony nadmiarem wszystkiego, co chłonąć miło w dookolnej przestrzeni.

Jeśli w tym potwornym systemie mogą istnieć, przetrwać ludzie, jak Paweł, czy nie oznacza to, że bolszewizm jest niczym ponad ślepe narzędzie tortur, fizycznych, psychicznych? Że w istocie swojej, poza uprzykrzoną trywializacją losu, nie znaczy zgoła nic? Czy coś takiego może stanąć na miejscu dawnego świata?” Pytania, pytania, pytania, drażniące, niepotrzebne może w tej chwili. Nie mógł od nich uciec, oderwać się. „Czy istniała kiedykolwiek cywilizacja, której jedynym celem było niszczenie kultur, tworzenie zaś — w żadnym razie? Czy najskuteczniejsza w świecie maszyna do niwelowania narodów, Asyria, nie była jednocześnie matką najwspanialszych wytworów ludzkich rąk, ludzkiego intelektu? Czy bezduszne człekopodobne poczwary mogłyby wypełnić pięknem pałace Niniwy?”

Podniósł wzrok na masywne sosny; usłyszał szum uporczywy, regularny. Gdzieś, całkiem niedaleko, musiało płynąć spore źródło, spływać z góry, na którą wspinał się. „W takich miejscach rodzą się wielkie rzeki, nieustępliwe.” Postanowił; nie, nie postanowił, a po prostu, całkiem po prostu i najzwyczajniej, poszedł w jego kierunku.

Ledwie kilkadziesiąt metrów wyżej ujrzał strumień w całym jego wiosennym rozgardiaszu, rozlewający się, pieniący, co i rusz chcący wyskoczyć z nurtu swoim impetem. I cóż taki spocony osobnik rodzaju ludzkiego robić może na brzegu żywiołu? Dla wody, skłębionej, nieujarzmionej, jego istnienie nie może mieć znaczenia; nie dzieli z nim przecież żadnego interesu. Jest sobie istota ludzka? I dobrze. Przejdzie? I nawet wspomnienie po niej nie zostanie. Wyczuwał potęgę natury i swoją lichowatość. Nie był zdobywcą teraz, panem góry i tego spływającego z niej strumienia. I być nie myślał.

Siąść na omszałym kamieniu, odłożyć plecak lub podróżną torbę, zzuć buty, skarpety, czy co tam innego nasze stopy okrywa, podciągnąć nogawki spodni i skazić ludzkim odorem krystaliczną nieprzemijalność natury. „Czy kto jeszcze myśli w ten sposób?” Przemknęło przez Jankową głowę.

To dopiero przyjemność, istotnie! Przymknąć na moment powieki, odchylić kiścią nadgarstka czytaną właśnie opowieść i przenieść się wyobraźnią w układ nagich stóp w potoku. Co sobie myślał Janek, to jest kwestia indywidualnych bardzo doznań, wyobrażeń, możliwości każdego. (Górą ci, co akurat przy strumieniu teraz!) Janek nie myślał najpewniej nic, jak nie powinien myśleć człowiek w podobnej chwili z naturą, i powiedziałbym wam dlaczego nie powinien! — Lękam się jednak i waham. Bo czy wolno pchać zwątpienie w młode może jeszcze dusze, nieopierzone?! Niech żyją sobie beztrosko; dalej. Dalej!

Chwila, jak to chwila, nie może trwać wiecznie. Jest i przemija — taka jej ustalona od stworzenia świata rola. Janek dlaczegoś trzymał jej się kurczowo odrobinę dłużej niżby wypadało. Skąpe, prześlizgujące się z oporem przez grubą, zachłanną pokrywę spiętrzonych konarów, gałęzi, igieł, nieliczne promienie ostrego o południu słońca połyskiwały na moczonych wciąż na nowo kamieniach. Rozejrzał się tęsknie wzdłuż brzegów, w obu nagabujących kierunkach. Wiedział, że co chciałby teraz, jest niemożliwe, niedostępne. Chwile jak ta, drobnej demobilizacji, wspierają charakter; albo niszczą.

Z westchnieniem cichym wdział, co miał do założenia. „Czy to źle, że jest na świecie jeszcze radość życia i że się jej łaknie?” Nikt tych jego banałów na posłyszał.

Pora była iść, iść w górę, ciągle i ciągle, w ciszy, bez jednej żywej istoty po drodze. Bez śpiewu ptaków nad głową, odgłosów wiatru, z milknącym, za plecami, poszumem spienionego żywiołu.

Las urwał się na skraju polany. W dole była rozległa dolina; on jednak ujrzał co innego, co pewnie przed oczami większości ludzi przelatuje całkiem niezauważenie. To była przestrzeń, przestrzeń nieograniczona, nieco w dole, ale i na wysokości twarzy, i powyżej; daleka przestrzeń, niemożliwa do uchwycenia spojrzeniem, nieogarnięta. Zachwiał się w sobie, skulił. Strach nagły, irracjonalny, wyłonił się na powierzchni świadomości, rozpanoszył, podszeptując natrętnie, że za moment już, za chwilę, runie w tę niezmierzoną masę niczego całym sobą. Niedorzeczne to było — tam gdzie stał akurat, było prawie płasko.

Na ściętym sosnowym pniaku, kilkanaście metrów powyżej, siedział stary, zasuszony nieznajomy, w nieokreślonym bliżej wieku, lat osiemdziesięciu kilku, może. Nie żaden duch gór siedział, ale zwyczajny człowiek, bez brody, wygolony, ze strzechą siwizny, porastającą dużą, smukłą, kształtną głowę. Siedział, nie wiadomo skąd przyszedłszy i po co, a wpatrywał się w Janka z uporczywością osoby gotowej na spotkanie.

No, nareszcie, upał dzisiaj okrutny. Zgrzałem się, czekając.

Ale...

Skąd, mianowicie, wiem? — Głos miał silny, lekko tylko drżący, zdecydowany, ale nie nachalny. — Dajmy spokój nieistotnym pytaniom. Pożyjemy trochę dłużej na tym świecie, zrozumiemy sami... — wyczuć w tych słowach można było drwinę politowania, ale nie była oczywista.

Tam, w górze, ten niewielki szary budynek to schronisko, do którego zmierzasz; będzie ci wygodnie. Wyglądasz mi na mieszczucha, a może nie? Wyżej Veilichen-Spitze, Fiołkowy Szczyt. Nie myśl tylko, że znajdziesz tu fiołki do wąchania; to tylko krew porastająca tutejsze kamienie; to ona daje zapach fiołków, i podobno, tak nie zawsze mądrzy ludzie gadają, tylko wtedy, gdy zmoczyć ją łzami...

Ale ty nie płakać tu przyszedłeś. — Mówił dalej z wielką pewnością wypowiadanych słów. — Widzę, po oczach, widzę. I że ze starym dziadem rozmawiać paniczowi nie ochota, też nie potrafisz ukryć. I czasu nie ma po temu, i zmęczenie ogromne, i milion innych spraw, dumnych pewnie, najszlachetniejszych. — Wyrzut zagnieżdżony w tych słowach ledwie był zamaskowany.

Podniósł się lekko, wyprostowując stare swoje plecy przy pomocy przytkniętych do nich, otwartych dłoni. Moc tego ruchu zaskakiwała w jego wiekowym ciele.

Po co starych słuchać, wiem.

Ale...

Wielomówny to ty młodzieńcze nie wydajesz się, ciekawe? — Nie było w tym zdziwieniu ironii. — Olgierd czeka w schronisku. — Skinął głową.

Zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił.

***

Zatem, panie Janie, zastanawia się pan, dlaczego Pułkownik wywiódł go aż w tak dalekie i wysokie rejony? Dobrze wiedzieć, że się ma mir u młodego pokolenia. — Rzucił rozbrajającym spojrzeniem przejrzystych, wesoło-kpiących oczu. W całej jego sylwetce, sprężystej jeszcze, choć w latach posuniętej, było coś z sarmackiej dostojności. Janek przyglądał mu się z uwagą. Nie wiedział kim jest ten człowiek, wygrzebując z pamięci niejasne wrażenie, że zna tę mądrą twarz o przenikliwym spojrzeniu. Nie myślał przejmować się popełnioną niezręcznością.

Domyślam się, wciąż tylko domyślam jego prawdziwych intencji. Pułkownik ma wobec mnie jakieś plany, ale też świadomość, że nie jestem do ich realizacji całkiem jeszcze przygotowany. Sądząc po miejscu dzisiejszego spotkania — wskazał na przestronne, zakurzone okno w zmurszałych ramach — chce mi koniecznie poszerzyć horyzonty. Winienem mu z pewnością wdzięczność.

Prawda, że pięknie tu? Choć trochę obco, nie całkiem to nasze góry, polskie, przez stulecia mieszkali tu inni ludzie. Z punktu pejzażu, a powinien pan wiedzieć, panie Janku, że jestem także malarzem, to jest oczywiście bez znaczenia. Góry nie mają narodowej tożsamości, są odwieczne, w każdym razie znacznie starsze od najstarszych nawet ludów.

I góry, i chyba wszystko inne, i ludzie nawet nie są w pierwszym rzędzie przedstawicielami konkretnej nacji, ale ludźmi, po prostu. Zbyt często popadamy w łatwiznę szufladkowania. Ten jest Niemcem, a ten Polakiem, Rosjaninem, Litwinem, Białorusinem, Ukraińcem. Tymczasem, każdy z nich, to przede wszystkim człowiek, zły czy dobry. Trafnie wskazał pan na pejzaż. Bo spoglądając choćby w tę kotlinę przed nami trudno nie dostrzec głupstwa, gdy kto zechce upierać się, że to niemiecka przestrzeń. Absurdalność nacjonalizmu nigdy tak sugestywnie nie wyłazi na wierzch jak w konfrontacji z naturą, z jej obojętnością na nonsensy pewnego rytu.

Dystyngowany pan przysłuchiwał się wywodom Janka z nikłym uśmiechem błądzącym w kącikach oczu. — Pułkownik nie przekazał mi żadnych konkretnych kwestii do omówienia, jeśli idzie o przedmiot naszego spotkania. — Mówił. — A jednak, myślę, dobrze jest zachować minimum ostrożności. Ściany tego domu wydają się solidne, ale to nie jest grube drewno, nieprzenikliwe dla ludzkiego głosu. Proponuję spacer, wędrówkę na wschód — wychodząc na niewielki taras wskazał ręką — jakby nie było, to główny, realnie, kierunek, który może nas dziś interesować.

Pogoda nie kaprysiła — była piękna od poranka i najwyraźniej ani myślała psuć się tego dnia. Wspięli się jakieś pięćdziesiąt metrów ponad linię schroniska i znaleźli się na wygodnej ścieżce prowadzącej wzdłuż zbocza. Była dostatecznie szeroka, żeby, idąc obok siebie, mogli swobodnie rozmawiać.

Jeśli okażemy się dostatecznie wytrwali — mówił lekko zdyszany dystyngowany pan — za niecałą godzinę będziemy mieli pod stopami prawdziwy śnieg... śnieg majowy, czy to nie wspaniałe? Jesteśmy ledwie na wysokości jakichś 1300 metrów powyżej morza. Ale — zawahał się — czy nie za wiele w tym naszym spotkaniu tu, tuż pod wierzchołkami tego bajecznego górskiego pasma, czy nie za wiele kontemplacji, spraw niewzruszonych, oderwanych, jakże odległych od ponurej rzeczywistości? Czy taki dokładnie entourage nie odrywa nas nadto od prozaicznego konkretu?

Zapewne, istnieje takie ryzyko, ale czy, przypadkowo, nie jest całkiem odwrotnie? Czy tak zwana rzeczywistość, tam w dole, nie jest mniej realna od najbardziej fantastycznej imaginacji, od nadnaturalnej magii nawet, której ulec moglibyśmy tu, na górze? Tam, w dole — Janek zakreślił ramieniem ogromny półokrąg — ludzie żyją dziś w oparach sennych majaków, tyle że te majaki same są wytworem czyjejś sztucznej koncepcji tylko.

Zgoda. Przyznaję panu rację. Nie ma nic bardziej złudnego niż pozór rzeczywistości, fikcyjnych rozwiązań. Stańmy zatem na statecznym gruncie natury i rozejrzyjmy się wokół. — Tym razem to dystyngowany pan gestykulował dłonią, ale w przeciwnym kierunku. — Czy wie pan — mówił — że gdybyśmy wspięli się na grzbiet tego oto wzniesienia nad nami i zeszli po jego zboczu jakieś trzysta metrów, natrafilibyśmy na bardzo świeży jeszcze, bardzo nowy, współczesny, ponury symbol: na źródło rzeki, która od roku zaledwie oddziela od siebie dwa światy? Może od tego właśnie powinniśmy zacząć? Od umiejscowienia praźródła naszych dzisiejszych problemów, a ściślej, dlaczego jako naród, jako państwo podziemne, dziś już praktycznie tylko jego marne szczątki, jako światli jego obywatele, dlaczego tak słabo jesteśmy przygotowani do obrony?

Opinie

Na razie nie dodano żadnej recenzji.

Napisz opinię

H, 1946

H, 1946

„1946” to powieść historyczna, która opowiada, jak to często z historią bywa, o praprzyczynach tego co jest.